— No, Kuba, zostajesz? Bo mi się spieszy. Żegnam cię, okno otwarte.

— Co masz w kieszeni, pokaż? — Kuba spadł mu na głowę i dał nurka w zanadrze, rozległo się zajadłe piłowanie skorupy orzecha i mruczenie zadowolenia; pokój był zawarty.

— Gotowe! — wetknął głowę przez drzwi Żuraw. — Zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy.

— Na wyraj, jazda! — zakomenderował Rosomak, lokując but z Tupciem i siadając sam byle jak, z nogami poza drabiną.

Uczepił się tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, „zabamboliła” Hatora — i tabor ruszył.

Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą. Spojrzeli w dal na siniejącą linię borów; objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica i zapalił ogniem radości stęsknione źrenice.

— Hejnał, wodzu! — upomniał się Pantera.

A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:

Czas ci już wstać, czas ci już iść,

Hetmanko polnych rot49!