— Owszem, owszem! — ofiarował się ochoczo chłopak, porywając mokry worek na specjalną do tej roboty ławkę przy wodzie, i zapamiętale zabrał się do dzieła.

— Wariacie, zapal „kurodym” i okryj plecy płachtą, bo cię komary pożrą! — wołał mu Pantera.

Istotnie plaga błot była klęską tego raju, ale Coto postanowił znieść cierpienie jak czerwonoskóry Indianin i nawet gwizdał przy robocie.

Po chwili Rosomak przyszedł mu z pomocą i dym fajki odpędził chmarę komarów.

— Widzę, że nasz rekrut chce się do szczepu leśnych ludzi wkręcić — rzekł Pantera, stając nad nim.

— Chcę! — rzekł Coto, rękawem ocierając twarz, tak że stała się krwawa.

— I wydaje ci się bohaterstwem wydać się na łup komarom. A właśnie obroń się przed nimi, to leśna sztuka. Patrz, nam mniej dokuczają. Wódz broni się fajką, Żuraw jakimś octem własnego wynalazku, a ja mam ziele. Mała Łatana Skóra już by zdechła, gdybym jej nie smarował codziennie trzy razy.

Ruszyli do chaty z oczyszczonymi rybami i Coto spytał:

— A właściwie kiedy ja będę leśnym „ludziem”? Mnie się zdaje, że już wiele rzeczy umiem, już nie błądzę, ptaszki rozpoznaję.

— A leśnego ducha widziałeś? Nie zląkłeś go się? A byłeś w nocy w puszczy? A szedłeś przez trzęsawiska, co się gną pod nogami jak skorupa? A pływać umiesz? A wiesz, co robić, jak cię w wodzie kurcz chwyci? A potrafisz się poratować, gdy cię daleko od chaty żmija utnie? Hej, hej, rekrucie, daleko ci jeszcze do bytowania w tym raju!