— Nauczę się! — uparcie rzekł Coto.
Zasiedli do wieczerzy i Żuraw rzekł:
— Oznajmiam, że kładki do ludzkich siedzib musiały już z wody wyjrzeć, bo miałem dziś pierwszą pacjentkę: baba z febrą i wrzodziankami131. Bardzo się ucieszyła, że jesteśmy. I skończone moje dni spokojne!
— Można by kładki popsuć.
— Chłopi jak bobry, zreperują w mig! Trudno, trzeba radzić, przysiągłem! — westchnął Żuraw.
— Pojutrze niedziela, Coto! — rzekł Pantera. — Dotąd nie bywałeś z nami, boś popłakiwał po krzakach, ale teraz wiedz, że w święta po pacierzach ruszamy kupą w las i każdy się chwali jakąś osobliwością, którą przez tydzień wypatrzył. Trza i tobie z czymś wystąpić. Jutro cały dzień szukaj leśnego ducha. On lubi w dzień siedzieć pod wykrotami lub w świerkowych gąszczach. Maleńki jest, tylko głowę ma wielką i jeden róg na czole. W nocy cały świeci jak próchno.
Tu Pantera złapał myszkującego pod stołem Tupcia i usadowiwszy go na kolanach, podał mu miseczkę z ikrą i wątróbkami rybimi i gładząc po złożonych igłach, dalej prawił:
— „Domowego” naszego chatnego także jeszcze nie znasz. Jest w każdym domostwie taki skrzat, co psoci lub pomaga, zależnie od humoru. Nasz ze mną żyje w zgodzie, wodza szanuje, ale dla doktora nie ma żadnego respektu. A początek niechęci stąd, że doktor nasypał kiedyś na podłogę zielonego lukrecjowego proszku. Skrzat, strasznie łakomy na słodycze, zjadł, no i odtąd znienawidził Żurawia. Prawda?
— Musiał ci się skarżyć! — roześmiał się Żuraw. — Ratowałeś go pewnie w przypadłościach.
— Coto! — zawołał Rosomak — słuchaj Pantery, potem ci kiedyś stary Odrowąż jeszcze więcej cudów borowych opowie. Ale to sobie zapamiętaj: jeśli chcesz być leśnym „ludziem”, musisz w sobie zatracić lęk, gniew, wychować zaś w sobie, aż cię zupełnie ogarnie, umiłowanie wszystkiego i wszystkich, co tu z tobą żyją i bywają pod bożym słońcem. A teraz spać; jutro o świcie pójdziesz ze mną daleko, na starą porębę. Będziemy kopali pnie na szczapy.