Coto wyszedł jeszcze przed chatę. Oswoił się z nocą na tyle, że powędrował aż na polanę, unikając jednak bliskości gąszczy, i chwilę stał, nasłuchując.

Noc w puszczy nigdy nie ma majestatycznej ciszy nocy pól — w głębiach boru zawsze coś szumi, szeleści, czai się, przemyka, błyska, chrzęści. Żerują, rabują, mordują w ciemnościach.

Dwa ptaki poczęły krążyć nad polaną lotem nietoperzy. Rozległo się żałosne „pau, pau”, skrzydła musnęły skroń chłopaka. Gdzieś niedaleko zatrzeszczała sucha gałąź pod niewidzialną stopą. Zawrócił szybko do chaty.

„A każdy z nich pójdzie w tę noc, w te ciemności, drogi nie zmyli!”, pomyślał i westchnął. Miał w sobie lęk!

Ale gdy się znalazł pod dachem, poczuł się bezpieczny, znużony, senny.

Rozebrał się prędko i zasnął, oswojony już ze swym twardym posłaniem.

Zbudziło go miarowe stukanie w ścianę tuż przy głowie. Zerwał się i nagle ujrzał straszną zjawę.

Z głębi sieni, przy ścianie, patrzyła nań twarz świetlana, wielka, jarząca, żywa. Mrugały oczy świecące, poruszały się usta szerokie, jakby coś mówiły lub chichotały bez dźwięku. I całe to unoszące się w powietrzu widziadło, zda się, płynęło ku niemu. Chłopak, zrazu skamieniały z wrażenia, wrzasnął nieludzkim głosem i rzucił się ku drzwiom, w ciemności nie mogąc odnaleźć klamki.

Ale drzwi się otworzyły i głos Rosomaka spytał spokojnie:

— Co ci, chłopcze?