— Wuju, tu coś strasznego się ukazuje!

Jasna poświata nocy objęła sień; widziadło znikło.

— W ciemności widzialne! — szepnął Coto, trzymając się rękawa Rosomaka, który drzwi zamknął. — Widzi wuj?

— Widzę! — odparł, kierując się ku zjawie, i roześmiał się, zapalając zapałkę. — Oto dlaczego wciąż mi brak tutek szklanych! — rzekł. — Pantero! — zawołał głośniej.

Milczenie. Poszedł więc do izby, zapalił lampkę i przyprowadził Cota do mniemanego ducha.

Do ściany misternie na nitkach i ćwieczkach przytwierdzone były, tworząc dwoje oczu, nos i wielką gębę, szklane tutki, pełne świętojańskich robaczków. Wszystko to jarzyło się, ruszało, kłębiło. Coto patrzył zawstydzony, ale go Rosomak pocieszył.

— Nie dziwię się, żeś wrzasnął. Ale to spryciarz! No, trzeba to biedactwo wypuścić na swobodę, a że już na świt się zbiera, pójdziemy powitać las przed ledwuchną.

— To ptak?

— Skowronek borowy. Tak go zwie nasz szanowny Kluk kanonik132.

Pozdejmował całe urządzenie i zajrzał do alkierza.