Rozłożyli zawartość toreb. Był chleb, ser, suszone ryby, u Pantery w garnuszku kilka ciemnych, mocno spiczastych jaj.
— Widzicie smakosza! Czajcze jaja sobie przyrządza — zaśmiał się Rosomak.
— Zabrałem przez zemstę. Wczoraj na błotach to utrapione ptaszysko skrzydłami po twarzy mnie biło, wrzeszczało, łajało... A wcale mi nie o jej gniazdo szło, tylko o podróżniczka, który mi mignął w szuwarach. Nie dała szukać, spłoszyła, co tylko tam żyło. Za to niech się fatyguje i troska o drugi lęg.
— Masz, Coto, spróbuj delikatesów! Aha! Nie ufasz! No to nie dostaniesz.
I Pantera zjadł ostatnie.
— Więc podróżniczka nie znalazłeś?
— Jak to? Żebym ja głupiej czajce dał się za nos wodzić? Przecież wstyd by był, gdyby Pantera na niedzielny pokaz nic nie miał! Chodźcie! Nim te ryby przeżujemy, dwie wiorsty143 ujdziemy.
Teraz Pantera wysunął się na czoło.
Rosomak mijane ostępy nazywał dla nauki Cota, wbijał mu w pamięć charakterystyczne ich cechy.
— Patrz, to Proszalna Baba. Czy ci ta brzoza, pogięta jakąś katastrofą, z pokurczonymi gałęźmi, z głową przy ziemi, nie przypomina żebraczki w kruchcie? A ta, o śnieżnym kwiecie, olbrzymia jarzębina, gdy stanie jesienią w kolorach, czyż nie Krasawica? Ile jej drozdów, kwiczołów, gilów składa wizyty i śpiewa koncerty, biesiadując! A w tym gąszczu, ta sosna z kołtunem jakiegoś pasożyta, czy nie Wiedźma? A ot Janosik, ten świerk masztowy wśród czarnego zagaju. Las, jak ludzkie zbiorowisko, ma tłum i jednostki. Górują jedni urodą, inni siłą, inni indywidualnością, inni powagą lat. Patrz na te trzy dęby! Trzej starcy. Zostali sami na tej wielkiej haliźnie. Był tu kiedyś zwarty ostęp ich rówieśników, jeszcze pnie znaleźć można w jeżynach. Co to za chłopy na schwał były, taki pułk mocarzy! Tych trzech opowiada czasem tradycyjną legendę. Trzeba tylko ich szum rozumieć. Tylu a tylu padło, ścieląc groblę pod armaty i poczty za Szwedów; tylu a tylu dało życie za Napoleona144; tylu a tylu przez chciwość i interes poszło spławem kupieckim do Gdańska145, a w zamian inni padli, spłacając koszty insurekcji146. Ostatni legli niedawno; jeszcze ich zwłoki zmurszałe sterczą het, oplątane krzami. Tędy „wieszatiel” Murawjow147 kazał ciąć tryby148 i dukty, polując na niedobitki partyzantów-męczenników149. Trzej starcy dużo widzieli. Całą kronikę puszczy znają. Oddajmy im pokłon i cześć!