I zasnęli wszyscy.
Rosomaka zbudził jakiś szelest. Rozwarł oczy i bez ruchu patrzył. Na skraju polanki, trochę w cieniu, stała, spoglądając na ludzi, para łosi — matka i dziecko.
Niezdarne, jakby z jakiegoś prabytu pozostałe stworzenia — niczym duchy boru, bóstwa pierwocin ziemi. Ciężkie, niezbyt foremne łby, racice jak ski141, potężne kończyny.
Łosza142 ocierała szyję o drzewo, a małe, trochę za matką ukryte, skubało gałązki.
Wreszcie samica, uspokojona nieruchomością ludzi, zamruczała i przeszła obok śpiącego Cota; ciężką racicą wgniotła w ziemię jego kapelusz. Małe obwąchało go ciekawie.
W tej chwili chłopak się obudził i zerwał. Zwierzęta dały potężnego susa; rozległ się trzask łamanych krzaków i zniknęły w gąszczu.
Teraz się wszyscy porwali i Coto lamentował, słuchając opowieści Rosomaka.
— Gdybym się nie ruszył!
— Ba, nastąpiłaby na ciebie klępa i tak byś wyglądał jak twój kapelusz.
— Olaboga! Jeść! — zakrzątnął się Pantera.