Ale Rosomak milczał i gdy stanęli na trwałym gruncie, wskazał ręką daleko widoczny świerk — tam się skierowali.
Gdy mijali jakąś wrzosem pokrytą haliznę, nagle ujrzeli coś czerwonego, sunącego pędem po ziemi.
— Kuba! — ucieszył się Żuraw.
„Chr, chr!” radosne i Kuba już był na jego ramieniu — zziajany, mokry, z bokami zapadłymi.
— I jak to szelma nas odnalazł! — podrażnił go Pantera. — Chałupa zamknięta; ani orzechów, ani mleka!
Ale Żuraw czekał widocznie na swego faworyta, bo wkrótce w zanadrzu jego rozległo się zapalczywe gryzienie orzechowej skorupy i zazdrosne mruczenie, by nikt się nie ważył na udział w uczcie.
Świerk, do którego przyszli po długim pochodzie, nie był to Janosik — nazywał się Widz. Konary gęste i rozłożyste tworzyły jakby stopnie, a na samym szczycie była zrobiona z paru łat platforma. Stamtąd dobrą lornetką można było objąć cały raj leśnych ludzi.
Poszedł pierwszy Rosomak z Panterą i po chwili rozległo się ze szczytu:
— Jest! Nie poszło!
Skoczył więc Coto niecierpliwy. Dał mu Pantera lornetkę i wskazał kierunek.