— Widzisz polankę w gąszczu? Brzozy jak wianek wkoło!
— Widzę! I tam coś stoi, skubie trawę. Sarna! I coś się przy niej rusza, w ciapki, małe. Jakie śmieszne!
— Wczoraj się pewnie ulęgło! Wypatrzyłem przed wieczorem. Dobrze stąd obserwować, nie płosząc. Zresztą polanka wkoło błotem otoczona, ciężki dostęp.
— I chatę widać, i wodną siatkę, i bezbrzeżne bagna, i Czarne Oko już poznaję, i jezioro. Można sobie zrobić, stąd patrząc, mapę i wszędzie trafić. Jutro zaraz zrobię! — zawołał Coto.
— I chmurę widać, co na nas idzie. Oj, bo też skwar trapił. Na ziemię i hajda na pusty ląd! Bo tu pioruny lada moment zagrają!
Ukryli pod świerkiem torby i wierzchnią odzież, gniazdo i puszkę z kwiatem, siekiery i nawet kapelusze; w bieliźnie tylko i z odkrytymi głowami patrzyli w niebo, oczekując rozkosznej kąpieli.
Wicher zaszamotał lasem, porwał się z nim za bary, zawył nagle; gdzieś w puszczy z trzaskiem zwaliło się drzewo — błysk oślepiający wypisał na czarnej chmurze swój mocarny znak.
Zakotłowało się, lunął deszcz, zadygotało powietrze gromami. Wicher darł liście, całe gałęzie — zdawało się, że zwali drzewa.
Coto oślepiony, ogłuszony spojrzał po towarzyszach. Pantera gryzł suszoną rybę. Rosomak osłaniał fajkę, by mu nie zgasła. Żuraw zdjął koszulę, owinął w nią Kubę, a tors swój w deszczowej kąpieli rozcierał garścią mchu. Żaden nawet okiem nie mrugał na bezustanne olśniewające błyskawice i jakby głusi byli na ryk piorunów.
Coto postanowił też okazać niefrasobliwość i zaczął gwizdać, ale Pantera dość niedelikatnie trącił go w bok.