— Jak On gada, milczeć, robaku! — krzyknął wśród huku gromu. — Jest czego słuchać z uwagą. To też boży wykład!
— A jeść suszoną rybę wolno?
— Wolno, bom głodny. Ale nawet głupi kos wie, że gwizdać podczas burzy to nieobyczajność chamska jest. Ot, masz karę.
Z chmury wraz z ulewą sypnął grad — zrazu drobny, potem coraz większy. Coto rękami osłonił głowę, a potem, naśladując towarzyszy, zaszył się, ile można, pod mchem i wrzosami. Lodowe kulki smagały boleśnie; zabielała od nich polana.
Pantera wreszcie wyskoczył i schronił się pod jałowcem. Umknął też — czerwony jak rak — Żuraw, nie zapomniawszy zabrać owiniętego w koszulę Kuby. Ale był to ostatek burzy. Chmura posunęła się na wschód i wyjrzało słońce.
— Teraz kłusem do chaty — zakomenderował Rosomak.
Zebrali swe graty i pobiegli. Pantera wnet się na czoło wysunął i zniknął w gąszczu. Żuraw w biegu naciągał kurtkę. Coto, dzwoniąc zębami, plątał się w zdartych chodakach. Rosomak suchą odzieżą osłaniał drogocenne gniazdo. Ale się wnet rozgrzali i gdy dobiegli chaty, parowała ich bielizna.
— Obejdziemy się bez chininy152— rzekł Żuraw, wchodząc do izby.
Pantera już rozniecił ogień na kominie i wnet czterech — nie leśnych, ale dzikich — nagich ludzi wśród śmiechu przebierało się w suchą odzież.
— Teraz tylko spać — rzekł Coto.