— Pantera — rzekł Coto. — Słyszycie? Co to tak dziwnie terkoce? Jaki to ptaszek?

— To? — posłuchał Pantera. — To znak długiej słoty. To żmija!

— Nie może być! Węże są przecież nieme.

— Chodź, zobacz. Tylko cicho!

Stąpając ostrożnie, z wolna, w kierunku głosu, ujrzeli na ścieżce do wody żmiję. Na wpół zwinięta, podnosiła tylko głowę i wydawała monotonne „trrr” na bardzo wysokim tonie.

Pantera oddał Cotowi skopek, cofnął się do szopki bezszelestnie i nagle skoczył ku gadowi. Miał laskę w ręku — uderzył raz i drugi. Terkotanie umilkło, błysnął białawy brzuch i gad martwy rozciągnął się jak sznur na ścieżce.

Pantera zmiażdżył mu głowę i rzutem laski cisnął daleko w gąszcze.

— Ot, masz ptaszka! Rzadko się odzywa, ale głos ma. Straszne mnóstwo tego plugastwa tu była, gdyśmy osiedli. Zabijaliśmy tuzinami co dzień. Hatora była pogryziona i klacz, i ja. Tamci boso nie lubią chodzić, więc się ustrzegli.

— Ale że to nie śmiertelny ten jad!

— Przecież mamy doktora! Ale gorączkowałem parę dni. Odrowąż nauczył mnie potem, jakie ziele jest pomocne. Zwierzęta je same znajdują, jeśli tylko dłużej w dziczy żyją. Odzyskują pierwotny instynkt, zatracony przez oswojenie.