Coto się zasłuchał. Jakieś nieznane, dziwne melodie wygrywał Rosomak. Jakby opowieść to była, baśń, marzenie. Po chwili Żuraw zaczął mu dopowiadać na jakiejś cudacznej, powiązanej z kilku trzcin czy łóz fujarze.

Na dworze wieczór posępny zapadał. Niebo, powleczone chmurami, ciemniało i gasło. Żarzyły się węgle na kominie, buzował ogień na kuchni. Daleki chór żab był cichszy niż zwykle, jakoś krócej odegrały hejnał żurawie. Ale smutku nie było ani w przyrodzie, ani w muzyce. Czuć było, że za chmurą stało mocarne majowe słońce, że to tylko chwila tęsknoty i zadumy — w młodości.

— Czyje to, wuju? — spytał Coto, gdy Rosomak przerwał i smyk przykręcał.

— Leśne, majowe! — uśmiechnął się grajek-amator.

I Coto zrozumiał, że to był śpiew puszczy, podsłuchany przez leśną duszę człowieczą.

Słota

Monotonne dudnienie deszczu po dachu zbudziło Cota. Zaspał, bo w chacie panował ruch roboczy — izba zawalona była prętami łozy, łykiem dartym, rybimi koszami i królował wśród tego Rosomak, już pracą zajęty.

— Leje — rzekł — będzie co najmniej trzydniówka. Tamci poszli po kwiat Żurawia.

Coto pobiegł do kąpieli. Hatora i klacz w otwartych drzwiach szopki rozmyślały, czy warto narażać na szwank swe skóry, i ziewały na przemian. Kis, błyszczący nową suknią, mizdrzył się w lusterku krynicy. Zmoknięte ptaki siedziały pod parasolkami liści.

— Co mam robić? — spytał chłopak, gdy połknął śniadanie.