— Nie! Mam dosyć. Ale nie wiem, dlaczego, jak zwykle w słotę, nie zaśpiewamy chórem! Tylko niech wódz zawtóruje na skrzypcach, bo inaczej nie wytrzymam. Żurawiu! Wiedź prym!
— Poczekaj do wieczora! Teraz byśmy na próżno sprzątali, by znowu wszystko rozkładać. Ja za godzinę kosze połatam, Żuraw górę roślin uporządkuje. Tymczasem możemy śpiewać niekunsztownie, ot, jak trznadle!
I zaintonował Koszykarza. Coto i Pantera przyłączyli się ochoczo, ale bez wielkiego talentu. Żuraw czasami nerwowo ręce do uszu podnosił, aż wreszcie zaczął spiesznie składać swe rośliny i opróżniać stół.
— Ratunku, Pantero! Bierzesz jeden ton pierwszy, a potem nagle dwa tony wtóru. Przestań, bo wszystko sobie w uchu poplączesz.
— Co tam, byle wesoło! — odparł figlarz ze śmiechem. — Właśnie tak wyciągałem, żeby się z tobą podroczyć. Teraz będzie koncert.
Coto bawił się całą duszą. Pieśń po pieśni: ludowe, narodowe, kipiące krakowiaki i oberki oraz smętne rusińskie dumki płynęły z pełnych płuc, aż dygotały ściany chaty, aż im się śmiały oczy i pokraśniały twarze. Kuba skoczył na piec przerażony, a Tupcio stoczył się z łóżka i ukrył w kącie. Za płotem ukazały się, zapatrzone ze zdumieniem w okno, głowy Hatory i klaczy. A oni na przemian śpiewali i śmiali się z uciechy.
— Taka słota się nie sprzykrzy — rzekł wreszcie Coto.
Nie sprzykrzyła mu się, choć trwała tydzień. A ile się nauczył. Na trzeci dzień już zrobił porządny kosz na ryby, wiązał sieć prawie tak prędko jak Rosomak, łaty wstawiał geometryczne. A poza tym ile się nasłuchał o tajemnicach puszczy, ile przewertował atlasów, wykuł teorii z Naumanna161, Brehma162 i Taczanowskiego163! A ile się nauczył nowych pieśni, śmiesznych zagadek i przypowieści Pantery. A ile razy zmókł, zmarzł, bez żadnej szkody dla zdrowia. A jak się zżył z towarzyszami, jak się czuł swojsko wśród nich — o tyle starszych, a tak młodych duszą!
Aż któregoś dnia dostąpił zaszczytu, że Rosomak posłał go w swoim zastępstwie, by przejrzał parę bliższych koszy rybnych! Oni z Panterą założyli w izbie warsztat stolarski; obrabiali brzozową czeczotę na skrzynki, które Pantera fabrykował bardzo kunsztownie zimą.
— Przywiąż sobie od razu dwa pęcherze pod pachy, bo się utopisz! — rzekł chłopcu na pożegnanie niepoprawny kpiarz.