— Doktorze! Może byśmy sobie zafundowali po żonie?
— Spirea palustris160! — zamruczał Żuraw, pisząc.
— A wuj był przecież żonaty! — rzekł Coto.
Rosomak milczał chwilę, bo zębami przytrzymywał wić.
— Tak. Miałem żonę i matkę! Obydwie zmarły, ale żyją w mej duszy czczone i bardzo umiłowane. Dlatego dziwię się, gdy ktoś lekko o tych rzeczach mówi i w ogóle rozmawia. I równie dla mnie dziwnie, gdy słyszę wyrażenie: baba, babskie. Zdaje mi się, że tacy nie pamiętają, kim jest matka, siostra, żona, albo są nieszczęśliwcami, którzy tych trzech rodzajów istot najświętszych nie mogli kochać ani szanować.
Coto spuścił głowę i poczerwieniał, ale Rosomak dobrotliwie po głowie go pogładził.
— Leśny zakon, chłopcze! Miłować, szanować!
Zapanowało chwilowe milczenie, ale niespokojny Pantera wyjrzał za okno i krzyknął:
— Patrzcie! Nie mówiłem? Dudek wyleciał ze skrzynki.
— Doskonała okazja prysnąć od łatania i jeszcze raz zmoknąć! — zaśmiał się Rosomak.