Gdy wrócili na śniadanie, Odrowąż godzinki odśpiewał i wzuwał buty na przyzbie.
— Zaraz ruszymy? — spytał Coto.
— Ryba nie zwierz, nie żeruje o świcie. Lubi słonko jak owad! Chyba wiosną z łuczywem jej się szuka i bije. I za godzinę będzie czas!
Nie spieszyli się. Przy śniadaniu zaczęli sobie opowiadać różne rybackie historie. Potem wypalili po parę fajek i nareszcie ruszyli.
Na przodzie czółna zajął miejsce Rosomak, mając pod ręką cudaczny swój kosz. Odrowąż ulokował się z tyłu, a Coto przykucnął w środku.
— Do koszów i zaglądać nie warto, woda poszła wyżej „hatów”. Od razu płyńmy za jezioro w tatarak! — rzekł Rosomak, biorąc się do wiosła.
Coto podziwiał, jak czółno pod ich wodzą zwrotne było, zwinne, lekkie. Przemykało przez ciasne przesmyki, kręte prostki. A oni, wiosłując od niechcenia, gwarzyli o zwierzu i o borze, o życiu letnim i zimowym tej bożej głuszy — tylko nie było mowy o ludziach.
Wreszcie wypłynęli na bezbrzeżną połać zatopionych nizin, porosłych szuwarami i tatarakiem. Z rzadka, jak bukiety, stały łozowe krzaki i wypryskały nad kobierzec zielony czuby wodnych żabieńców i kobylnika.
Badawcze oczy rybaków objęły to wodne pole. Umilkli, fajki wsunęli w zanadrze, przygotowali się do roboty.
Odrowąż wiosło ujął staranniej, Rosomak swoje wziął w lewą rękę i z koszem w prawej stanął na samym czubie łodzi, gdzie tylko na dwie stopy było miejsce i najlżejsze zachwianie groziło przymusową kąpielą.