— Nie, piszczącej nie znam. Ani kiełbi. Niech mi ojciec opowie o strzelbie z powstania, będę słuchał do północy.
— Hej, gadki się prawi po św. Marcinie173 albo spoczywając w skwarne, niedzielne południe. O tej porze światła nie wypada świecić wieczorem. Ze słonkiem trza iść spać, na żurawia wołanie wstawać.
Jakoż stary wypił kubek mleka na wieczerzę i zaraz poszedł spać do alkierza Pantery, który ulokował się na stryszku chaty.
Coto postanowił do świtu nie zasypiać, lecz zbudziły go nie trąby żurawie, ale monotonny, przeciągły głos ludzki.
To Odrowąż odmawiał godzinki174, a na świecie był pogodny ranek.
— No, odwalona słota-wiedźma — rzekł wesoło Pantera, zeskakując z góry. I stanął, nasłuchując.
— „Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona”175. To jeszcze dobrą chwilę potrwa, nim dziad skończy — szepnął. — Chodź, pokażę ci pływanie.
Świat, deszczem obmyty, aż oczy rwał krasą. Polecieli prawie nadzy do ruczaju i Pantera po swojemu wciągnął chłopaka od razu w głęboką zatokę, że się wnet zaczął topić i bezradnie, rozpaczliwie miotać w wodzie. Podtrzymał go więc i bawiąc się, sztuki pływackie pokazując, ośmielił, lęk przemógł, sposobów uczył.
— Nie takie to straszne, jak się zdaje — rzekł Coto, gdy po pierwszej próbie na brzeg się wydostał.
— Nie ma tu nic strasznego, bo jakbyś się nawet utopił, to raz śmierć! — zdecydował filozoficznie Pantera, wycierając się garścią szuwaru i naciągając suchą bieliznę.