Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,
Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,
Gdzie stoczysz życia bój!51
Osiedle
Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak robił się coraz bardziej niewyraźny, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły im drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi — szeroką ławą, bez kresu — stanął zwarty wał chojarów52, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy. I wjechali w boży chram53 boru. Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę; poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni.
Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad; nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł. Odnajdywała jakieś kładki w zdradzieckich oparach, kołowała, kluczyła — na tyle pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, którędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia. Słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo — aż wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle widoczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach — graniczny ruczaj ich letniego królestwa.
— Ot i nasz Tęczowy Most! — rzekł Żuraw i wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk; zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.