Klacz weszła ochoczo w bród, schyliła głowę i muskając wodę wargami, szukała najwyższego prądu — tam stanęła i zaczęła pić. Hatora poszła za jej przykładem i ludzie zaczerpnęli też wody w dłoń.
— Pijmy jak z Lety54. Zapomnienie tamtego świata! — rzekł Rosomak.
— Smaczna jak brzozowy sok. Niczym wino! — dodał Pantera.
— Roi się od zarybku55. Widzicie, na piasku chmara! — zauważył Żuraw. — O, i kaczor zielonogłowy tam, pod łozą.
Zwierzęta, napojone, podniosły ociekające wodą nozdrza, rozejrzały się. Zarżała klacz, targnęła postronek Hatora — czuły już swe letnie pastwiska. Nawet Kuba, na ramieniu Rosomaka się rozsiadłszy, mierzył okiem odległość do pierwszej brzozy za wozem i ledwie z brodu się wydostali, dał susa i już był na szczycie.
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolność Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu. Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił do ruchu; stanął słupka, powęszył, słuchy56 nadstawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, ruszyły rzędem za nim.
— A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie57 zwierzęta-męczennicy! My waszej niedoli niewinni — szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Kuba im towarzyszył wierzchołkami drzew, klacz ruszyła też już zupełnie bez drogi, w wiadomym sobie kierunku.
Dopędził ją Rosomak i szedł obok pieszo, kierując tak, by wóz o drzewa nie zaczepił; ale i on był czymś innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.