Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się i skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca; a oto druga, co się wygięła i okaleczyła, zdeptana kiedyś za młodu; a oto brzoza z ogromną czeczotą58 i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą59 — tyle miewała korali jesienią. I piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą przepołowionego pnia. I oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści60; i pękata wierzba z dziuplą, w której już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne — państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi. A oto wykrot olchowy, pełen dziur, szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu — kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko. To znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej, potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody.
Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu. Śmigały ku słońcu brzozy jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe jak parobczaki61, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach w borze biało było od zawilców i wypuszczała pędy trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszy zbudził z zachwytu Rosomaka; spojrzał na słońce i z lekka trącił żerującą klacz.
— Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy. O, jest i posłaniec!
— Chr, chr — ozwało się wśród gałęzi i Kuba mu spadł na ramię, otarł się o policzek i już był w kieszeni po orzechy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zamknięta, zabezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, „wirydarzyk62 Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, a lipa ocieniała ją nieco od skwaru południa.