— Z miłą chęcią. Bierzcie i trzymajcie! — zaśmiała się, podając mu dziecko.
Pantera wziął je na ręce.
— Witam cię, panno młoda, i biorę cię sobie za żonę. Wolno pocałować? Bardzo trafnie w matkę się wdała. Oczki masz jak barwinek, a włoski ciemne. Na warkocze i ząbki jeszcze trzeba poczekać, widzę! Proszę panią do chaty, zaraz gniazdo jak dla wilgi uszykujemy!
— Kiedy żona dała wam córkę, mnie wypada dać posag! — rzekł czarniawy zięć Odrowąża, zdejmując z ramion swój ładunek i podając misterny łozowy koszyk na sznurach, prymitywną kołyskę.
W parę chwil instalacja nowo przybyłych została dokonana wedle corocznego porządku. Kobieta z dzieckiem zajęła alkierz, posłanie Odrowąża wyniesiono do sieni. Dla Cota i Szczepańskiego z synem posłano obficie siano na górze i Szczepańska wnet objęła chatne rządy.
Pantera bawił się z dzieckiem, przekomarzał się z matką i promieniał radością, że pozbył się żmudnego obowiązku po dziesięciu tylko dniach dyżuru.
Udawało mu się tak co roku.
Ruszyli też zaraz we trzech obejrzeć trawy i wrócili wszyscy razem, bo się wnet zhukali w puszczy.
Coto od razu się z Jaśkiem zapoznał i zaczął dopominać się kosy.
— Jakże to! — nudził Rosomaka — on ma tylko trzynaście lat i kosi, a ja mam szesnasty.