Gdy zachodzili na nowy pokos, ledwie był czas obetrzeć twarz rękawem, a już niestrudzony Odrowąż odsadził się naprzód i słał trawę na nowy wał.

Aż wreszcie na słońce spojrzał i stanął.

— Jedenasta! — rzekł — teraz poleżymy, prześpimy się, posilimy, aż żar minie. Na wieczorną rosę trza poczekać!

Na to hasło posłuszna jego gromada w mig się rozprzęgła, stawiając kosy jak broń na placu boju.

Okazało się, że kosząc, każdy coś sobie upatrzył. Rosomak odszukał łozowy krzak i znalazł w nim gniazdo. Żuraw nożem wykopywał jakiś korzeń, Szczepański wyrąbał specjalnie zgiętą brzostową gałąź. Odrowąż wycinał hubę dębową. Pantera dopadł na wpół dojrzałe poziomki.

Tylko chłopcy padli na ziemię jak martwi i natychmiast zasnęli.

Nie słyszeli sygnału na obiad; nie było sposobu, by ich obudzić.

— Niech śpią — zadecydował Rosomak — przyniesiemy im tu jedzenie. Wykończyli się doszczętnie.

Gdy się zbudzili, był wieczór. Zerwali się, obejrzeli — byli sami na skoszonej polanie. Obok nich stały dwojaki z jedzeniem i dzbanek z wodą.

— O Jezu! — krzyknął Jasiek — przespaliśmy cały dzień.