Kołyskę zawieszano w cieniu na drzewie, dzieciak, osłonięty od owadów, zasypiał, a polany, gdzie grabili, rozbrzmiewały wnet śpiewem i śmiechem.
Coto zaraz zrozumiał, jak się siano zbiera w wały, jak się je potem gromadzi na „sczynki201” i wznosi na grabiach wysoko, nad głowę, i kładzie na kopice202. Oni znosili, „matka” składała; uwijali się na wyścigi — podnieceni, rozbawieni, ze śmiechem, pomimo że skwar smalił ich lica, a pot parował na plecach. A gdy skończyli kopicę i chłopcy odpoczywali, i dopadali chciwie do bakłaszki203 z wodą, „matka” odwiedzała gniazdo, zawieszone na gałęzi, wydobywała swe pisklę, karmiła je i ucałowawszy, usypiała, kołysząc i nucąc.
Dzieciak był widocznie zdrów, bo nie grymasił i jakby rozumiał, że nie mają ludzie czasu na zabawy — zasypiał posłusznie.
Czasami od strony kosiarzy dochodził odgłos ostrzenia kos, a pod wieczór zjawiał się Pantera — jak mówił — w konkury do żony. Brał dziecko na ręce i nosił je, pokazując kwiaty i motyle, i prawił różne gadki.
Matka zostawiała ich wtedy i szła do chatnego gospodarstwa.
Umiała je prowadzić i miała czas na wszystko. Chata była umyta i ukwiecona, posiłek uwarzony, bydlątka dopatrzone, odzież i bielizna uprana. Gdy wracali z roboty, mogli odpoczywać — nawet drwa znajdowali narąbane i pościel czystą zasłaną. A kobieta, uśmiechnięta, jasna wewnętrzną szczęśliwością, miała dla każdego dobre słowo, żart i staranność.
W duszy Cota, którą miasto, koleżeństwo i złe książki już skaziły, odzywały się czasem głosy jakby wstydu i skargi. „Matka”! Jakże on bywał dla swojej zuchwały, lekceważący, niechętny! A profesorowa! Boże, czy Pantera o niej zapomniał, czy nie zażartuje kiedy wobec tej „matki” i co ona wtedy o nim pomyśli? A wiersze, które pisał do Wandy Albersonówny, znajomej ze schodów, rozczochranej, rudej zalotnicy-pensjonarki!
Przechwalał się przecież jej zaczepkami, spojrzeniami i chichotem przed kolegami — mówili często o rozpuście i drwili z panien. Coto nie śmiałby odezwać się na ten temat do Jaśka, z którym zawarli przyjaźń, zmawiali się na różne awanturnicze wyprawy i wiedli fantastyczne życie, pełne marzeń.
Najbliższym celem tych marzeń było otrzymanie leśnych nazw i przyjęcie w poczet leśnych ludzi.
— Dla ciebie to pół biedy, „Jasiek” na ciebie wołają... Ale dla mnie, gdy ktoś powie: „Coto”, to jakbym w ucho dostał! Już o nic nie pytam, już wszystko leśne rozumiem i zawsze: „Coto”!