— Jaki doktor dobry! — szepnął wzruszony Coto. — Istotnie, ledwie żyję!

I poddał się cierpliwie masażowi, a potem zasnął w cieniu, nakryty z lekka wonnym sianem — i zbudził się jakby odrodzony.

Przy obiedzie dowiedział się od Jaśka, że i on przeszedł przez umiejętną kurację doktora.

— On taki dobry, że aż strach! — mówił Jasiek. — Dwa lata temu uratował mnie od śmierci! Tyfus miałem. I we dnie, i w nocy mnie pilnował, bo i matka ledwie była wstała!

— No, chłopcy. Wy już do grabienia się bierzcie, a starajcie się za nami nadążyć. Pojutrze całą gromadą stóg stawiamy! — zakomenderował Odrowąż.

Była to ulga w znoju, inny ruch ramion i niejednostajny wysiłek.

A największą była dla chłopców uciechą, że pracowali pod komendą „matki”.

„Matką” nazywali Szczepańską wszyscy.

Była dla tych wszystkich mężczyzn symbolem majestatu kobiecego, a zarazem czaru i wdzięku. Żeby godnie czcić, a zarazem kochać, dali jej tę nazwę zaszczytną a jednocześnie pieszczotliwą.

Więc rano Coto brał na plecy kołyskę, Jasiek grabie, „matka” na ręce „pannę młodą” — i szli do roboty.