Umilkli, tylko z cichym szelestem słała się trawa, i Coto wstydził się swego odezwania.
— Hop, hop! Śniadanie! — rozległo się wołanie Szczepańskiej. — I co? Ruszacie się, chłopaki? — spytała.
— Ee, całkiem przeszło! — odparł Jasiek.
— Jutro już za nimi nie nadążymy! — rzekł Żuraw.
— Jutro wyprawimy ich, żeby ruszyli pokosy.
— Jeżeli pogoda pozwoli, w sobotę trzeba stóg złożyć. Siano będzie jak szafran. Trzeba się zwijać, bo z pełnią przyjdzie słota! I głuchy święty nas posłyszy!
— Jaki głuchy święty? — spytał Coto.
— A ten patron deszczu200. Przykazał mu Pan Bóg: „Idź, gdzie proszą”, a on dosłyszał: „Idź, gdzie koszą”. No i byle posłyszał ostrzenie kos, leje!
Podczas południowej przerwy Żuraw zawołał Cota, by mu pomógł w kopaniu leczniczych korzeni, i zaprowadził go na pierwszą skoszoną polanę. Usiedli na pokosie już chrzęszczącym i Żuraw rzekł:
— Masz gorączkę, chłopcze, i możesz dostać zapalenia stawów. Weź ten proszek i rozbierz się. Trzeba cię wysmarować! Jak się zaniedbasz, poleżysz tygodnie.