— Nie pytaj! Strach, jak wszystko boli. Nie chce się słuchać, bo jak uważasz, to aż w gębie kwaśno się robi. Tamci nic po sobie nie pokazują, więc wstyd mazać się! Matka mówi, żeby się wykąpać, woda ból wyciągnie. Chodźmy!

Coto zawlókł się do kąpieli i rzeczywiście na tyle go to wzmocniło, że mógł iść bez wielkiej męki. Ale gdy stanął w szeregu z kosą, myślał, że zemdleje przy pierwszym ruchu.

Szczęściem nikt go nie popędzał. Kosili małe polanki, rozpierzchli się po zakątkach. Za nim kosił Rosomak i folgował199. Gdy po chwili stanął, by oprawić ostrze, rzekł:

— Chłopcze, będziesz miał teraz dla trudu ludzkiego zrozumienie i cześć, bo sam to przecierpisz, co inni znoszą. Nie kosić się uczysz, ale przechodzisz szkołę zrozumienia pracy. Jutro już ci lżej będzie, ale pamięć bólu zachowaj!

Coto obejrzał się, czy są sami, i rzekł z cicha:

— Ale, wuju, dlaczego my się tak męczymy, żeby bydło Odrowąża miało siano.

Rosomak się uśmiechnął.

— A po coś się obejrzał i z cicha mi to mówisz? Czujesz, że zła to myśl. Przestań robić; jeśli tak czujesz, na nic twój trud.

— No, ale naprawdę tak jest.

— Naprawdę pracujemy dla pracy, z ochotą. Mniejsza o to, czyje bydło przekarmi się naszą pracą, byle sytość stworzeniu-pomocnikowi dał nasz trud. W mróz zimowy to siano da ciepło i siłę bydlęciu, które pracuje dla człowieka. Współtowarzysz to poczciwy! Zagarniaj, chłopcze, starannie tomki pachnące, groszki i tymotki; i myśl, jak ci wdzięczne będzie zwierzę za opiekę i pożywienie. A czyje ono? Nasze czy nie nasze? Niech o tym myśli taki, co nie rozumie, że tylko dusza jest nasza własna, a wszystko inne dzierżawne i czasowe!