Pokładli się zaraz spać i Coto śnił, że po dachu bębnią krople ulewy i można będzie leżeć w sianie do południa.

Ale był to tylko sen i zdało mu się, że chwilę zaledwie spoczywał, gdy go zaczął budzić Pantera. Pogodny świt wzywał do znoju.

Coto podniósł się i ze stuknięciem na powrót upadł na posłanie. Okropny ból wszystkich muskułów, kości, ścięgien wyciskał mu łzy z oczu i przyprawiał o mdłości.

— Nie mogę się ruszyć! — wyjęczał z płaczem. — Zostawcie mnie! Chyba to paraliż.

— Paraliż! Czego to się zachciewa? Przemęczyłeś się, niezwyczajny roboty. Teraz się przemóż, bo inaczej tydzień męczyć się będziesz. Każdy z nas trochę nadwerężony, ale to się w robocie rozejdzie! Zęby zaciśnij i ruszaj się! Ot, i Jasiek skurczony i krzywy, a chodzi.

— Nie ruszę się, nie mogę! — płakał Coto.

— No to leż, płakso, smarkaczu!

— Damy ci imię Robotna Gęba! — zadrwił Pantera i zniknął w otworze strychu, a Coto, jakby po policzku, zerwał się i potniejąc z bólu, dopełzł do drabiny.

Zginie, a nie zostanie. Umrze, ale bez wstydu. Ból aż mu kurczył twarz, lecz niesłychanym wysiłkiem zszedł na dół. Wszyscy chodzili sztywno — to go pocieszyło.

— Bardzoś połamany? — spytał Jaśka.