I nagle zaczął śpiewać, bo mu strzeliła myśl: „Najlepsza kompania — piosenka”. Strach prysnął jak pod wpływem czaru; rozejrzał się przytomnie, poznał tuż obok olbrzymi jałowiec — był na ścieżce.
— „Hej, bracia sokoły215!” — śpiewał coraz głośniej i ruszył naprzód, już opanowawszy trwogę. Gdy się z gąszczy wydostał, poznał, że drogi nadłożył, ale się na haliźnie po niebie zorientował i pewny kierunku, triumfował:
— Pantera się myli co do mnie! Trafię! Bylebym dobrze ominął tę małą topiel i odnalazł suchy bródek między torfami.
Już się nie lękał. Tylko raz zadygotał, gdy mu spod nóg zwierz się poderwał i z łoskotem runął w gąszcze. Ale to sekundę trwało i już za nim skoczył, myśląc: „Ten mi bród wskaże, bom nie głupi, by topielą iść!”.
Jakoż po chwili odnalazł przesmyk, zatlił zapałkę i trop na piasku obejrzał.
— Dziki! Ależ gmach! Odludek, emeryt! — szepnął.
A potem zanurzył się w bród i człapał po wodzie, bezpieczny, że nie ugrzęźnie, i że dopiął swego.
Przed nim wznosiło się Wdowie Wzgórze. Był to najwyższy punkt tej wielkiej połaci dzikiego kraju — jałowe wzgórze piasków, usypane przez prace przedhistoryczne przyrody.
Przez długi czas macierz przyroda — nieznosząca jałowości — zasiała tam źdźbła nasienne i nauczyła rośliny żyć na wydmie. W zagłębieniach osiadły wrzosy, tworząc zwarty kilim; na łysych czubach chwyciły się ziemi szorstkie trawy o siwych wiechach puszystych, mchy i porosty, a wśród nich, jak klejnoty barwiły się w lecie słoneczne, żółte nieśmiertelniki, karłowate macierzanki i drobniutkie czerwone goździki.
— Patrzcie, jak się nasza Wdowa wystroiła — mawiał Pantera. — Wdziała na siebie bursztyny, ametysty i nawet nieco rubinów. Babsko udaje tylko nędzę!