Na najwyższym szczycie wydmy czerniał tej nocy stos olbrzymi, przy którym Coto się wyciągnął i czekał na przybycie towarzyszy.
Noc była cicha, przejrzysta, bezmiesięczna, ale pełna gwiazd i rozmarzającej lubości letniej.
Lelki i sówki przemykały lotem bezszelestnym, polując na ćmy; z gąszczów odzywały się nawoływania żerującego zwierza, chrzęsty, szmery. Z jakichś bardzo odległych ludzkich osad dochodziły szczekania psów.
Coto zapatrzył się w gwiazdy, zadumał. Pieśni płynęły mu z duszy, jakby wtopionej w to niebo i byt natury.
Czuł się zarazem bardzo mały i bardzo potężny — atom olbrzyma. A wtem z daleka dobiegła doń melodia.
Towarzysze szli od chaty i Rosomak nocy tej czarownej przygrywał na skrzypcach.
Wtedy Coto zapalił stos.
Płomień jął się suchego igliwia i mchu, zaczął biegać, jako jego obyczaj był, śpiesznie, łapczywie — wydzierać się ku górze, klaskając, pogwizdując, zbierając moc do wybuchu.
A oto do tonów skrzypiec dołączyły się głosy ludzkie: kobiecy, wysoki, górujący i stare, jak owe bory, nawoływanie odwiecznej pieśni: „Łado216, Łado, o Kupało”.
Stos zapłonął. Strzelił ogień ze szczytu, zabarwił purpurą i złotem niebo, oświetlił jaskrawo całe wzgórze.