— Zuch, Coto! — zawołał Pantera. — Północ! Znajdziesz, rekrucie, kwiat paproci.

Obstąpili wszyscy ogień, kończyli obrzędową pieśń, a potem Rosomak rzekł:

— Może przed wiekami to jedno wzgórze sterczało nad masą wód jakiegoś wewnętrznego morza i ludzie, mieszkający nad wodą, w krzemienie uzbrojeni, w skóry i łyka odziani, w tęż noc aryjską217pieśń do słońca już śpiewali.

— Tu są na szczycie wzgórza odwieczne lisie nory — rzekł Żuraw. — W przegrzebanym piachu znalazłem raz parę krzemiennych grotów.

— Hej, co w tej ziemi nie leży ludzkich kości i skarbów! — rzekł Odrowąż.

— Bośmy się położyli, jako stróże, na szlaku łupieżców, rabusiów i barbarzyńskiej dziczy, albo jak tama, chroniąca ląd od zalewu. Przez wieki ileż razy na tej samej może górze płonęły nie tylko kupalne ognie, ale znaki płomienne czujności, trwogi; wołania: „Orda218 idzie! Kozactwo219 idzie!”. Hetmańskie, starościńskie, wojewódzkie wici ogniste:„Kto duży, do znaku220; kto słaby, w tajnie boru!”. Wy jeszcze, ojcze, takie znaki widzieliście, my już nie. I dlatego myśmy zawsze w duszy smętni!

Zapatrzył się Rosomak w ogień, a wtem chłopcy, poszeptawszy między sobą, kopnęli się w las. Rozległ się łoskot siekier i wrócili, uginając się pod ciężarem rosochatego smolnego pnia.

Rozchybotali go i cisnęli w środek żaru.

— Łado-Kupało! — zawołał Bartnik. — Płońże, płoń na nasze młode szczęście, byśmy doczekali ognistych wici, do znaku!

— Ot, i nie smęćcie się, panie! — rzekł Odrowąż. — Doczekacie się i wy. Jak żyje duch, to śmierci nie trza się lękać. Sen to tylko czasowy!