A chłopcy spojrzeli po sobie, wyprostowali się i wyciągnęli po żołniersku:

— „Jeszcze Polska nie zginęła” — zagrzmiało jak sygnał trąbki bojowej.

Wszyscy powstali i odkryli głowy.

Hej, rubieże dalekie Rzeczypospolitej, hej, kresy ciche, puste, zdławione, wyludnione, wymordowane, wysiedlone, zamarłe dla szpiegowskiego oka triumfującego łupieżcy-kata, kordonami bagnetów i ziemskiej mocy, dokumentami rządów potężnych i kongresów od Macierzy oddarte i z kart wykreślone!

Taki wasz głos i takie w tobie kości i skarby leżą i oczekują na zew od Matki-Pani!

I gdy pieśń przebrzmiała, Odrowąż zaczął opowieść, co była jednym paciorkiem w różańcu dziejów.

— Jak nas rozbili pod Horkami221, przedarliśmy się we czterech i zapadliśmy w bory. Pan Seweryn, wasz stryj, ranny był w rękę; ja tylko draśnięty po karku, ale było z nami dwóch kolegów z Korony222: jeden z Siedleckiego223, drugi chorąży, warszawiak. Podlasiak224 już miał pod czterdziestkę, żonaty i dzieciaty; chorąży, dzieciuch, gołowąs, gdzieś ze Starego Miasta225 łyk226, a zwał się Stacho Dziembor.

Małe to było, chude, czarniawe, pyskate, kłótliwe i szczekliwe, a zacięte i śmiałe jak jaźwiec227. Kulę dostał w biodro i wynieśliśmy go na rękach. Krwawił i mdlał, i tylko do mnie szeptał: „Daruję wam Sagalasówkę228 moją, tylko wynieście mnie, by psiekrwie Orła nie dostały”. A sztandaru z garści nie popuścił, aż gdy go gorączka do cna zmogła już w bezpiecznej kryjówce. A i to, jak tylko się ocknął, wołał: „Mój znak, mój znak!”. No, dobrze! Zapadliśmy w takie tajnie, com tylko ja jeden znał; i legliśmy. Pan Seweryn, jako że się na ranach znał, opatrzył wszystkich, a mnie wysłano na zwiady. Dotarłem do dworu, poszeptaliśmy z kobietami. Przyniosłem szmaty, chleb, kordiały229, maści; no i tak lizaliśmy się z ran. Jak gorączka panu spadła, przyszła wieść ze dworu, że ucieczka za granicę konieczna i przygotowana, więc zrobiliśmy naradę. Podlasiak i chorąży musieli zostać. Jeden ciężko był ranny, drugi miał go pilnować, aż ja wrócę, pana wyprowadziwszy za kordon. Wtedy bym ich dwóch przeprowadził. Chorąży na to mi powiada: „Kolego, pamiętajcie, że Sagalasówka wasza, bo juchom Orła nie daliście i mnie na plecach wynieśliście. Coś mi się roi, że na Powązkach230nie spocznę, ale tu w waszym borze. Mniejsza o to, żołnierski cmentarz czy zielona dąbrowa! Byle pod swoim znakiem! Podlasiak mnie dopilnuje i strzelbę doręczy. Daj wam, Boże, szczęście”. A Podlasiak powiada: „Mnie szpetnie jakaś gorączka nęka, a muszę w swoje strony wracać, bo mam od naczelnika depozyt; całą sakiewkę dukatów mi przed bitwą dał, ostatek z kasy partii. I rozkazał pod przysięgą, żebym odniósł do Rady Narodowej231, pod tajny adres. Zatem pośpieszajcie, kolego, z powrotem”. „A jeśli zginiemy?”, powiada pan Seweryn. A żeśmy żołnierze byli i twardzi, więc Podlasiak mówi: „Kto z nas żyw zostanie, będzie tu czekał miesiąc, a po miesiącu sam ruszy, bo widocznie śmierć wam stanęła na przeszkodzie”. Rachowaliśmy, rachowali... Zgodzili się! Bo my mieliśmy, zda się, sporo czasu, a im trudno było utrzymać się dłużej przy życiu w borze, bez ognia i ciepłej strawy. I takeśmy się rozstali. Na wieki! Na granicy w ostatniej chwili postrzelił pana Seweryna objeszczyk232, tak żem go ledwie wyniósł przed pościgiem; trza się było kryć po pustych szopach, mitrężyć233, ranę goić i dopiero po siedmiu tygodniach wróciłem w swoje strony na śledztwa, areszty, ciąganiny i baty. Wykręciłem się jakoś cudem i zaledwie wolny, poleciałem do boru. Kryjówka była pusta. Schodziłem, zdeptałem, przeszukałem puszczę; pytałem każdego drzewa, każdej piędzi ziemi, zwierza, ptaka, gada. Przetrząsnąłem gniazda i schroniska, każdą dziuplę i wykrot zbadałem. I nic nie odnalazłem. Potem i na Podlasie234 powędrowałem, dopytałem o dzieci naszego kolegi. Nie wrócił do domu. Tak obydwaj tu leżą i czekają bożej chwały.

— Anioł Pański zwiastował Marii Pannie... — zaintonowała Szczepańska.

— I poczęła z Ducha Świętego — odpowiedzieli wszyscy.