Zwierz zwalił się na niego, wczepił pazury w lewe ramię i obalił go na ziemię.

Ból rozdartego do kości ciała, groza tamująca dech, instynkt drapieżny obrony... Przed twarzą zamajaczyła paszcza czerwona, cuchnąca trupem, oczy zieloną źrenicą przecięte i chłopak za gardło uchwycił bestię, dławiąc ją rozpaczliwym wysiłkiem.

Sekundy to trwało i długo trwać nie mogło, ramię traciło moc, krew z rozprutej arterii bluzgała strugą, oczy zachodziły mgłą... Jeszcze sekunda — i będzie koniec...

Walka odbyła się w milczeniu, gdy wtem rozległ się tętent i gasnącymi oczyma ujrzał Coto nad sobą ostatni obraz: rozdęte nozdrza, błyskające źrenice, łeb klaczy, zmieniony wściekłością. Dziko chrapiąc, dopadła do zwierza i skoczyła obu nogami na krzyże drapieżnika.

Ozwał się chrzęst łamanych kręgów, zdławiony spazmem śmiertelny pomruk bólu — i paszcza zwisła bezwładnie na piersi chłopca. Ale on tego już nie widział i nie rozumiał, bo stracił przytomność.

I oto zawrzało w puszczy. Klacz, przygważdżając kopytami wroga, podniosła łeb i rżała dziko, a na to hasło „krwi” pędem z gęstwiny wybiegła Hatora i dopadła miejsca mordu, rycząc dziko i kopiąc racicami ziemię dookoła. Przytulona trwożnie do boku matki, wtórowała dyszkantem238 Agatka.

Ten sygnał zwierzęcy usłyszeli Rosomak i Żuraw, zajęci obserwacją jakiegoś porostu na zmurszałej osice.

— Domownicy na krew trąbią! Coś się tam stało. Lećmy na ratunek.

I pobiegli. Dopadli ich w porę.

Rozległy się sygnały, trąbki, gwizdki, wołania.