Nieprzytomnego chłopaka w mig przyniesiono do chaty i oddano w ręce Żurawia do ciężkiego, bolesnego opatrunku.
Kręcił markotnie głową Żuraw, a wszyscy stali nad nim bez głosu, przerażeni. Dopiero gdy krwotok doktor zatamował i obandażował ranę, Odrowąż rzekł:
— Nie sumujcie239! Żyw będzie! Doktor niech swoje robi, a ja do domu zaraz pójdę i przyniosę moje leki. Mówię wam, żyw będzie, tylko mnóstwo krwi stracił, to i zemdlał. A wy, Pantero, ze Szczepańskim skórę rysią pięknie obciągnijcie, a głowę zaraz w mrowisku zakopcie dla oczyszczenia! Rzadka sztuka i trza będzie przeszukać: gdzieś gniazdo być musi i małe, bo mleczna samica-bestia.
Gdy się Coto ocknął, leżał w komorze na posłaniu Rosomaka i czuwała nad nim Szczepańska. Przy oknie na stoliku Żuraw przyrządzał miksturę.
— Łatana Skóra! — szepnął chłopak.
— Co, dziecko? — zapytała kobieta.
— Łatana Skóra mnie uratowała. Już było po mnie. Dajcie pić! Doktorze, pewnie lewej ręki nie będzie?
— Będzie, będzie. Na skrzypkach grać będziesz, tylkoś ranny. Jakże to się stało?
— Na Agatkę chciał skoczyć z konaru. Więc myślałem, że odepchnę, uduszę! Nie wiem, nic nie myślałem. Małej żal było! Ale to potwór! Żeby nie klacz...
Mówił szeptem; rwały się słowa i zapadł w jakieś senne majaczenia. Wieczorem dostał gorączki i powtarzał: