— Widzi Pantera, widzi Pantera, pokaże się przy okazji, żem nie Gęba Rusznica ani Coto głupi! Aha, Pantero, aha!

Czuwali nad nim na przemian wszyscy. O świcie wrócił Odrowąż z torbą pełną flaszek i maści i rzekł do Żurawia:

— Dopuści mnie doktor do pacjenta?

Uśmiechnął się Żuraw i spojrzał w okrąg puszczy.

— Od kilku lat pod waszym rektoratem uczę się w tej Alma Mater240. Jakżebym waszej nauki nie czcił!

Stary mędrzec wziął więc chłopaka na kurację. Zlał ramię pięknie pachnącym balsamem, ugotował z ziół napój, na rozpaloną głowę przyłożył okład chłodzący — i to sprawił, że po dwóch dniach gorączka spadła i chory zażądał posiłku; a potem spał jak najspokojniej. I po to się tylko budził, by wołać: „Jeść!”.

A wreszcie zbudził się pewnego dnia z uczuciem ozdrowienia i jakiejś wielkiej radości życia.

Wokoło panowała cisza i słoneczność, przez otwarte szeroko okna alkierza słało się ciepło letnie i zapach żywicy. Rozejrzał się Coto — był sam, ale za drzwiami słychać było jakiś roboczy szmer.

— Matko! — zawołał.

Ale zamiast Szczepańskiej ukazał się Odrowąż z miską w ręku.