Nogi tonęły w krzakach, a potworny łeb był jedną masą zieleni, oplątaną wokół kilkunastoramiennych rogów.
Masą tą zwierz rył, tarł wokół siebie, zbierając coraz więcej chmielu, jeżyn i gałęzi. I oto, czymś zaniepokojony, stanął na haliźnie i wyprostował się w całej potędze.
Parsknął i węszył. Ciemne, poważne oczy rozejrzały się wokoło, nagie, rozdęte chrapy zdawały się pytać, badać, myśleć. Doleciała go woń nieznana, tajemnicza, instynktownie groźna — zapach dymu.
Nie spłoszył się jednak, ufny w swą mocarność, śmigłość nóg i znajomość puszczy.
Parsknął raz i drugi ze wstrętem, z pomrukiem jął znowu drzeć nogami pnącze i powoli ruszył dalej, klekocąc racicami.
Za nim, korzystając z trzasku łamanych odrośli, ruszyli ludzie.
— Godowa pora! — szepnął Rosomak.
— Wieniec sobie założył na łeb! Ale mocarz! Szpetny zresztą, ale, niczym zjawa bajeczna, cudny.
— Prawdziwe bożyszcze leśne. Zaprowadzi nas w najtajniejszy matecznik.
Łoś nie trzymał się szlaków. Parł przed siebie, miażdżąc łozy, młode drzewa, krze i trzciny sążniste, jakby szedł po gładkiej łące.