I tak doszedł do skraju szerokiej połaci oparzelisk i topieli, otaczających, jak morze, tę wyspę leśną.
Stanął, węszył, zabeczał donośnie.
Patrzył na drugą wyspę, czerniejącą w oddali.
Chwilę jakby słuchał stamtąd odzewu, potem skręcił w bok i zsunął się w wąską wodną strugę, wijącą się zygzakiem wśród kęp i niskich zarośli.
Brodził, zagłębiał się, wytryskiwał nad błotem jego łeb umajony i wreszcie znikł w szarzyźnie trzcin i mchów.
Jeszcze chwilę słychać było chlupot wody, coraz cichsze parskanie — i zjawa zginęła jak sen prabytu.
Rosomak jego śladem zsunął się w wodę i spróbował gruntu.
— Nawet Odrowąż o tym brodzie nie wie. Możemy brnąć, a gdzie głębiej, płynąć. Ale to bezpieczny, starodawny przesmyk ciężkiego zwierza. Jutro możemy się dostać tam bez fatygi. Żurawie lęgi spenetruje Pantera, a wiosną przyszłą dostaniemy tam pewnie jaja głuszca, bo tam ich toki grają co rok.
Zawrócili, rozmawiając głośniej, podnieceni i uradowani. Nie szukali drogi — prowadził ich zapach mocny suszących się grzybów.
Jakoż Odrowąż już zbudował prymitywną suszarnię. Nad żarem umieścił ruszt z prętów i rozłożył grzyby.