— Dziś nam łoś drogę wskazał. Jutro spróbujemy. Zanocujemy tutaj. W domu matka jest, to domowników dopatrzy.

— Dwadzieścia lat w Medwidle nie byłem, bo tam potem rzeka się zabagniła, i odcięty ostęp ze wszech stron, a nie łakomy, bo ani łąki, ani grzybów nie ma. Matecznik odwieczny. Na głuszce kiedyś się wybrałem, ale po barki wpadłem i ledwie żywy wróciłem.

— Spróbujemy łosiego brodu. Teraz, chłopcy, trochę gałęzi na szałas urąbcie i przepłoszcie żmije, bo ich tu pełno. Powieczerzamy i odpoczniemy!

— To może tam leży chorąży? — szepnął Orlik do Bartnika — i może ten łoś, i te głuszce, co tam mieszkają od wieków, znają jego mogiłę.

— I może tam żyją pszczoły w odwiecznych barciach, i całe drzewa pełne są miodu?

— I może tam rysie się lęgną i siwieją ze starości?

— I może jeszcze są niedźwiedzie?

— Jedno pewne, że orzechów tam jest pewnie moc! — rzekł Pantera, układając na liściach pieczone rydze na wieczerzę.

Zmęczenie pracą i skwarem wnet ogarnęło wszystkich. Zakopali się w mech szałasu. Odrowąż u wejścia rozpalił dymne, z mokrych gałęzi świerkowych, ognisko; i tak zabezpieczeni od komarów i żmij posnęli, marząc o jutrzejszych odkryciach i cudach.

Zbudził ich rzeźki chłód poranka.