Biała rosa leżała na ziemi. Odrowąż, mrucząc godzinki, zbierał z rusztów grzyby. Żuraw szukał na próżno na brzegu bagna wody do mycia. Rosomak zdejmował z pleców Bartnika leśne kleszcze, pozbierane w gąszczach, a Pantera już skwarzył na węglach rydze. A wszyscy się śpieszyli, gnani ciekawością.
— Prowadź, Orliku! — zakomenderował Rosomak.
— Byleś trafił! — zaśmiał się Pantera.
Ale Orlik już się nauczył kierować, bo umiał teraz czytać las jak książkę. Skoczył na czoło szeregu i bez wahania ruszył, w myśli wczorajsze obrazy odnajdując.
— Przechodziliśmy obok olszyny, tej tam, co ma złamany średni konar, potem na tę czerwoną jarzębinę, potem na osinę z dziuplą, z której grzywacz wyleciał: ma tam pewnie małe! A teraz przez ten zwał, co na nim były pióra z jastrzębiego mordu, a potem na ten świerk, co na nim hulała wiewiórka, i na ten zawrót ścieżki, co na suchej łozie ma pęczek sarniej sierści.
Przypominał sobie, odnajdywał drogę i prowadził bez wahania, aż wreszcie stanął i rzekł:
— Tu, z tych gąszczy wychynął i stał. A myśmy byli...
— A widziałeś srocze gniazdo za plecami? — spytał Pantera.
— Nie! Patrzyłem na niego jak na zjawę. A tędy runął na przełaj do brodu.
Stanęli wkrótce nad czarną ścieżką wodną. Rosomak na czoło się wysunął i zaczął się rozbierać.