Odrowąż spojrzał na słońce i rzekł:

— Brnęliśmy półtorej godziny. Musi być ze dwie wiorsty. Tęga przeprawa.

— Obierajmy pijawki! — zawołał Pantera. — Tu nawet nie ma gdzie się opłukać! A jak cuchnie to plugawe bagno! Chwilami chciałem nos schować do kieszeni, ale kieszenie w tobołku na głowie.

— Od dziesięciu lat nie było takiego suchego lata i dlatego bród powstał. Inaczej dostępu by nie było! — rzekł Odrowąż.

Ubrali się śpiesznie i zeskoczyli za pień na stały ląd. Ale tam utonęli wnet po ramiona w splątanej masie zielska i krzaków — i stanęli bezradnie.

— Szczęśliwy Kuba! Bo tu nie wiadomo, jak się posuwać po ziemi.

— Można wodną ścieżką.

— No nie! Wolimy siekierą i nożem wyrąbywać przejście.

— Żeby choć zobaczyć co osobliwego! — stęknął Bartnik, zaczynając rąbać i krzesać.

Wzięli się wszyscy do pracy — w nadziei, że przecież dotrą do rzadszego porostu. Ale ostęp był jednolicie zwarty dołem, bo gdy się wydostali z nadbrzeżnych łóz i oczeretów, znaleźli przed sobą ścianę olbrzymich leszczyn, czeremchy, kruszyny, jarzębin, kalin — wszystko oplątane chmielem.