Gdy słońce zaczęło dopiekać, pokładli się na zwalonych pniach, wyczerpani zupełnie.
Z zapasów mieli tylko chleb i suszone ryby. Na szczęście gąszcz barwił się mnóstwem dzikich malin i jeżyn, i bez trudu można było ugasić pragnienie, a leszczyny oblepione były na wpół dojrzałymi orzechami.
Odrowąż i Rosomak — zamiast jeść i odpoczywać — ruszyli dalej.
— Tu w głębi, wtedy, była wśród świerków polanka. Ale to już temu lat czterdzieści! — mówił stary, zanurzony we wspomnieniach.
Na wpół pełzli pod zwałami. Prostowali się czasem, wdrapywali na zmurszałe kłody — starali się zorientować w kierunku i nie błądzić z powrotem. Aż zagrodziła im znowu drogę wodna żyła brodu.
Zniecierpliwiony Rosomak zsunął się w błoto.
— Ostatecznie łosie do czegoś dążą, do jakichś dalszych rewirów, ku jeziorom! Bród coraz płytszy.
Mieli ręce i twarze we krwi od kłujących roślin i żądeł bąków i komarów, odzież zabłoconą i podartą; było lżej brodzić niż wojować z gąszczem.
Patrzyły na nich ze zdziwieniem węże, wylegujące się na pniach, pomykały z wrzaskiem sójki i orzechówki. Nagle posłyszeli plusk i beczenie.
Ledwie się przytulili do brzegu, przeleciało obok nich stado saren z rogatym kozłem na czele.