— Ładny rogal! — rzekł Odrowąż z żalem myśliwskim.
A Rosomak z uśmiechem radości patrzył za nimi.
Wydostali się z błota na zwierzą ścieżkę. Rosomak dobył swą gwizdawkę i dał sygnał towarzyszom.
— Dziki tu gdzieś niedaleko leżą: barłóg czuć! — zauważył Odrowąż i wnet wskazał przemykający niski, rudy cień.
— Co tu może liszka szukać o tej porze? Łup jakiś ma! Ot, i drugi smyrgnął!
Ruszyli żywiej naprzód i wynurzyli się nagle na stratowaną haliznę.
— Ot, co jest! — zawołał stary, wskazując.
Na środku polanki, na więdnących ledwie zielskach zdeptanych jak tok245, leżał nieżywy młody łoś. Miał złamane kręgi, wyprute wnętrzności i całe ciało stratowane racicami.
Pochylił się nad nim Rosomak.
— Ten olbrzym go pewnie zamordował. Ten, com go widział wczoraj. Ale bitwa była ciężka: udeptali ziemię jak na turnieju.