— Nasz jest! — ucieszyli się wszyscy.

Sezonowym zajęciem leśnych ludzi były teraz orzechy.

Rosomak z Odrowążem wypływali co dzień na połów rybny, ale reszta bobrowała w leszczynach i co wieczór znoszono do chaty całe wory.

Przeobfitość jesieni owocnej wyzierała zewsząd i zajęć było mnóstwo. Wieczorem w ogródku i w podsieniu piętrzyły się stosy zdobyczy — orzechy, grzyby, jagody, rydze i ryby.

— Do obróbki! — wołał Pantera.

Musieli przed spoczynkiem ryby oprawiać, orzechy wyłuskać, rydze nasolić, a piec chlebowy ledwie sobie radził z suszeniem tych zapasów zimowych.

Suche, pomyślne, urodzajne było lato, przerywane z rzadka potężnymi burzami. Nagromadzone gorąco wybuchało straszną mocą gromów, krótkich gwałtownych deszczów — i znowu wracała promienna pogoda.

Rosomak z Odrowążem miewali bajeczne połowy, bo susza przecięła szlaki rybie i uwięziła ryby w głębszych dołach. Razu pewnego przywieźli pełną łódkę przepysznych jaziów i okoni, a kiedyś w sadzawce, odciętej od rzeki, złapali szczupaka potwora, „ludojada” chyba, którego siekierą trzeba było zabić, a potem polecić mrówkom spreparowanie muzealnego okazu. Przy sekcji Żuraw znalazł jakąś bezkształtną masę wielkości pięści; gdy ją rozcięto, ujrzano wewnątrz resztki metalowego medalika.

Odrowąż zadumał się nad tym i oddał przedmiot Rosomakowi.

— Lepsze macie oczy! Przypatrzcie się, może to Kodeńska Matka Boska249. Miał taką nasz Podlasiak.