Ale najostrzejszy wzrok ani lupa nie wystarczały.
— Niemało ludzi na żer ryb poszło w tych bagnach — rzekł Pantera.
— I wielu takich, którym by się pomniki należały.
— Z tamtej strony pomniki tutejsze niewiele więcej warte, co ta blaszka pewnie! Służbowe księgi tam też prowadzą, trwalsze! — rzekł Rosomak, chowając do zbiorów dziwną zdobycz.
Po jednej ze strasznych burz nocnych rybacy ruszyli na połów około południa i zapędzili się na jezioro w nadziei zdobycia suma. Ale dzień był niepomyślny i po raz setny zastawiali brzeg siecią podwójną bez żadnej prawie zdobyczy.
Nagle Rosomak głowę podniósł, nasłuchując.
Gdzieś daleko zagrała trąbka — umówione hasło: dwa krótkie, po sobie następujące, tony. Znaczyło to: „Wodzu!”.
Rosomak swoją specjalną świstawkę kościaną do ust podniósł i odzew dał.
— To chłopcy czegoś chcą! — rzekł, wracając do wiosła.
— Nogę który złamał czy rękę! — mruknął Odrowąż.