— Nie. Wołaliby doktora. Oni nie wzywają do siebie, któryś do nas leci z wieścią. Coś znaleźli!
Trąbka powtórzyła znowu wołanie, potem ucichła — widocznie poszukiwacza doleciał odzew. I oto z gęstwiny wynurzył się Orlik spocony, zziajany, ubłocony i zaczął coś krzyczeć z daleka.
Odrowąż zwrócił ku niemu łódź.
– Ojcze, wodzu! — wołał chłopak, dech łapiąc. — Znaleźliśmy mogiłę. Chorąży, strzelba i Orzeł! Nasz znak! Znaleźliśmy! Chodźcie! Tamtych już zawołaliśmy. Bartnika zostawiłem na honorowej warcie. Lećmy!
Bez słowa, pod wielkim wrażeniem wysiedli na brzeg i poszli za chłopcem. A on, opanowany tym ich skupieniem i milczeniem, przycichł także.
Aż stanęli na miejscu, w czarnym borze, nad sennym zalewem wodnym. Nocna burza powaliła olbrzymi, na wpół suchy, prawieczny dąb. Legł szczytem aż w wodę i rozdarł się jego pień, otwierając zmurszałe wnętrze.
Przy nim stał Bartnik, wyprostowany, zastygły w pozycji żołnierskiej, w kapeluszu na głowie, z nieruchomym, skupionym wzrokiem wartownika. I stali Żuraw z Panterą, obnażywszy głowy w milczeniu.
Pochylili się Rosomak i Odrowąż.
We wnętrzu dębu ujrzeli ludzki szkielet. Mały, szczupły kościec wyrostka, zachowany w całości, jako że był ujęty w ściany drzewa. U prawego boku leżała stara, rdzą przeżarta strzelba, a u lewego, przy sercu — zetlała szmatka amarantu z przebłyskującymi srebrnymi nićmi.
Ku słońcu patrzyły głębokie oczodoły, a trochę rozwarte, zdrowe zęby zdawały się uśmiechać. I tak leżał z bronią u nogi, z chorągwią swą obok serca chorąży...