— Patrz — pokazywał Pantera Orlikowi. — Zbierze się taka różnobarwna czereda: bogatki, modraczki, sosnówki, raniuszki, sikorzy lud. Dobiorą sobie parę zięb i parę dzięciołów i plądruje to razem okolicę całą jesień i zimę. Całą puszczę z robactwa obiorą. Włóczy się to, ćwierka, a dzięcioły na alarm krzyczą, gdy jastrzębia trwoga nadciąga.
Czasami ciszę lasu przerywał chrapliwy krzyk sójki lub orzechówki, zresztą szli w milczeniu i tylko szeleściły liście i trzaskały suche gałązki.
Wracając z obchodu ku domowi, skręcił Rosomak na mogiłę chorążego i odśpiewali mu pieśni narodowe, a potem, milcząc, skierowali się do chaty.
Słońce gasło. Żurawie nie grały, chłodne mgły wstawały z bagien, długie cienie kładły gąszcze. Spotkali swe bydlątka wracające z paszy i wyszedł na ich głosy ku nim żuraw chowany, radośnie witając.
Znaleźli też Bartnika, który przyniósł miodu i świeżego, nowego chleba.
— Jasny jest i jakby jeszcze polem pachniał. Potem nabierze stęchlizny spichrzowej i już zimą go będzie czuć. Więc matka mnie pchnęła, jak jeszcze ciepły był, żeby wam smakował! A miodu tośmy trzy faski254 nalali. I ojciec już wczoraj pierwsze żyto zasiał. Umiem już cepem walić. Cztery dni z dziadem młóciliśmy: „Łupu, cupu, cupu, łupu!”.
— Ale aż tu słychać było!
Tu Bartnik trącił Orlika i szepnął:
— Surmę przyniosłem, leży w łozach. Zadmiemy po wieczerzy. Ja cię nauczę!
Zasiedli do posiłku. Jasny chleb pożywali i złotą patokę255 i mieli wrażenie, że karmią się słoneczną mocą lata, co tę pierwotną żywność człowieczą wyczarowało z ziemi-rodzicielki.