A potem Pantera dzban pieniącego się mleka na stół podał i zbyteczne było rozpalanie ognia na kuchni.
Cichaczem wymknęli się z izby chłopcy i po chwili zajęczała żałośnie surma.
W chacie zapanowało milczenie, a wreszcie po chwili Rosomak zdjął skrzypce ze ściany i począł do tonu tego coś snuć...
— Rapsod naszego lata — rzekł Żuraw.
Bez tchu wrócili Bartnik i Orlik i wszyscy słuchali.
W izbie było ciemno, tylko rubinowa skierka lampki oświetlała koronę Częstochowskiej, ale oto nad polanę wypłynął miesiąc i srebrną ścieżkę rzucił przez okno.
Przeciągłym akordem surmy zakończył Rosomak swe granie i wstał. Chwilę jakby się wahał, zapatrzony w miesiąc, aż wreszcie spokojnie rzekł:
— Bartniku, skoczysz jutro rano do dziada i powiesz, że odjeżdżamy.
Nikt się nie odezwał.
— Czas na nas! Popłynęły nasze żurawie. Dobre było boże lato. Ileś znalazł nowych roślin, Żurawiu?