Trysnął od razu cały tysięczny chór: „Świt, świt! Pan jest! Życie, życie!”. Las witał dzień.
Pantera się zerwał i w bieliźnie, bosy, wyskoczył oknem.
Polana była wybrukowana opalami rosy; powietrze wilgotne, wonne, ciepłe. Ptaki chędożyły77 pióra, przeciągały skrzydła, leciały do wody.
Pantera też rozprężył ramiona, otarł twarz wilgotną gałęzią brzozy i pobiegł do ruczaju, do kąpieli.
Gdy wyszedł z wody, wytarzał się w trawie, pobiegał po łące i czerwony jak rak wrócił do chaty.
Z gniazda swego u pułapu wysadził pyszczek Kuba, ale tylko ziewnął i schował się na powrót.
— Maczałbym szubę w takiej rosie! Dobre to dla gołych — zamruczał lekceważąco.
Pantera się ubrał, wziął skopek do dojenia i poświstując, poszedł do swych obowiązków. Wypuścił klacz i zbudził Hatorę.
Stalowoszary wąż wodny ogrzewał się u jej boku i ledwie się nieco przesunął, gdy krowa wstała.
— Kis, Kis! Chcesz mleka? — przemówił doń Pantera; chciał zapewne, bo czekał, asystując.