Hatora, oddawszy swym opiekunom daninę, poszła za klaczą. Pantera nalał nieco mleka w skorupę garnka.
— Masz, Kis, Kis! I marsz po żaby! — rzekł do węża i postawił mleko w sieni do dyspozycji Żurawia; zajrzał przez szczelinę do komory, ale było tam ciemno i cicho. — Ot, śpiochy! Z tego mieściska przywożą tylko złe obyczaje. Wstyd przed całym lasem. Ale dla mnie to w deseń!
Usiadł na przyzbie78, wzuł chodaki, schował do kieszeni kawał chleba, zatknął za pas siekierę, spod strzechy obórki dobył jakieś zawiniątko i ruszył do czółna.
Ale po drodze strzelił mu do głowy figiel. Złapał żabkę, wrócił do izby i wpakował ją do pudełka od herbaty.
„Żuraw dopiero skoczy, jak mu bestia pryśnie do oczu”, pomyślał.
Teraz kolej na wodza. Pantera ruszył czółnem do koszów rybnych i każdy naładował jakimś cudacznym przedmiotem przywiezionym w zawiniątku: do jednego włożył koński czerep, do drugiego — stary kalosz, do trzeciego — wypchaną króliczą skórkę. I chyłkiem czółno do przystani odprowadził.
W chacie już był ruch; rozmawiali, dym walił kominem, pachniała kawa.
Chwilę się Pantera zawahał. Wódz kazał kopać warzywnik, ale on tylko trochę w las poleci, kąty obejrzy, wyhula się, no i wróci z jakąś nowiną i zdobyczą. I pognał! Przedzierał się przez najgęstsze łozy, prześlizgiwał się pod zwałami, taczał się po kobiercach z zawilców, przedrzeźniał ptaki, gwizdał, śpiewał; wypłoszył z legowiska sarnią rodzinę i chwilę ją gonił.
— Ot, na kark skoczyć, za rogi uchwycić i gnać, gnać! — szepnął wreszcie zziajany, bez tchu, patrząc, jak sadziły przez moczary; legł pod brzozą, poczuł głód, pragnienie i rozkoszną senność.
Chleb miał, wody nie brakło, ale jako smakosz brzozę zaciął, czarkę z kory wygiął i chleb sokiem popijał.