— Leniwie się sączy. Poszedł w pąki! — Ziewnął wreszcie, wyciągnął się i zdrzemnął.
Zleciały się zaraz ciekawe sikory, obejrzały go i wróciły do roboty. Parę zięb budujących gniazdo na tejże brzozie udawało chwilę, że tylko w przelocie tam się znalazły, ale uspokojone dalej kleciły kunsztowny domek. Tuż niedaleko bekas zapadał79, pobekując. Słońce wytoczyło się wyżej i zbudziło śpiocha. Spojrzał na niebo, na cień drzew i zerwał się.
— Dziesiąta godzina! Oni pewnie przy robocie. Nie pokażę się bez jakiejś zdobyczy. Ale co?
Zaczął szukać. Zaraz dojrzał podwaliny ziębiej chałupy, ale to nie było nic osobliwego. Po chwili myszkowania znalazł na kępie dwa jaja bekasa — także pospolitość! Wreszcie wypatrzył na dalekiej brzozie wśród błota żółty bukiet jemioły.
— Aha, to dostanę! Wódz chciał w chałupie powiesić. Jazda!
Wody w bagnie było za mało na czółno, a o krok od lasu zaczynała się topiel.
Trawy i kępy tworzyły tylko cienką skorupę, która pod stopą się chybotała i rozdzierała. Trzeba się było czołgać.
Pantera naciął łozy, związał w pęki i umocował pod pachami na piersi. W rękę wziął długi drąg, położył się i rozpoczął awanturniczą przeprawę.
Czołgał się, nogami i łokciami odpychał, zapadał w szlam, kaleczył się o szuwary, darł bieliznę, wypluwał wodę i błoto i po trudach nieludzkich dobrnął na miejsce.
Był zlany potem, ociekający wodą, czarny od szlamu i już prawie bez odzieży — ale zwycięzca. Zaraz się wdrapał na brzozę i siadł konno na gałęzi; dał się słońcu osuszyć, a wiatrowi ochłodzić i rozejrzał się.