— Głupiec ze mnie! Trochę w prawo jest garb i grzebień z łozy. Wrócę jak szosą! Ale stąd widać i żurawie leże! Ot, krążą! Trzeba się będzie do nich dostać tego lata. To będzie wyprawa!
Wyrąbał jemiołę i zabrał się do odwrotu. Owa „szosa” była o tyle wygodna, że na „garbie” tylko dwa razy zapadł się po szyję, a na „grzebieniu” z łozy zostawił resztki garderoby i — prawie tylko w czarny szlam odziany — stanął na twardym gruncie.
Wtedy, widząc, że jest blisko południa, pognał do osady.
Po drodze usłyszał trąbkę i spotkał Łataną Skórę, dążącą na obiad, więc na nią skoczył i tak zajechał przed furtkę.
— Jezu, Mario! Leśny upiór, nie człowiek! — krzyknął Żuraw.
— Jemioła dla naszego patrona na pierwszy bukiet! Gwałtu, jak mi się jeść chce! Ucho ci, Żurawiu, odgryzę, jeżeli misy nie ma na stole.
— Zaraz ci tu wyniosę wiaderko, brudasie! — rzekł, śmiejąc się, Rosomak.
Pantera zeskoczył z klaczy, fiknął parę kozłów i — trochę na nogach, a przeważnie na rękach i głowie — pognał do kąpieli.
— Ciśnijcie mi, wodzu, tu, w krzaki, świeży garnitur. Rozumie się, że do obiadu należy się przebrać. Biały krawat, smoking, gardenia w butonierce! A jakże! Hatorę pod rączkę do stołu poprowadzę!
Kąpał się, pluskał, szorował, przebierał — a wciąż myślał, czy Rosomak był przy koszach. Zapytać było nijak, a po ich minach, gdy zasiedli do misy, nic nie mógł poznać.