Mówił każdy o swoich zdobyczach: Żuraw znalazł rzadki kwiat — obuwik. Rosomak wypatrzył gniazdo krogulca. Skopali parę zagonów na kartofle, mieli jutro sadzić warzywa.
Po obiedzie odpoczęli godzinę i już we trzech poszli do roboty. Grzędy pod warzywa wykarczowali już parę lat temu, więc ziemia była pulchna — piękny czarnoziem nad ruczajem, chroniony płotem przed łakomstwem Hatory.
Pantera kopał zajadle, założywszy sobie, że nadrobi ranną „fugę”80. Słońce grzało, pot im wystąpił na koszule. Wreszcie miało się ku wieczorowi.
— Nie zrewidujecie koszów, wodzu? — spytał nareszcie Pantera.
— Właśnie chciałem ci rzec, byś mnie wyręczył, bom się bardzo zmachał kopaniem.
— A kiedy ja... To jest... Mnie... Ja nie wiem, gdzieście zastawili — wykręcał się.
— Gdzież by? Tam, gdzie zwykle.
— Kiedy... Bo... Może do jutra poczekać?
— Nie, właśnie pora! Dogódź sobie! Lubisz bobrować!
Nie było sposobu odmówić. Skrzywiony Pantera poszedł do czółna. Niespodzianki swoje znalazł w koszach i z irytacją powyrzucał. Figiel był chybiony, tylko po dziś dzień Pantera się nie domyśla, czy chytry Rosomak był rano przy koszach czy nie. W każdym razie — zgodnie ze swym przezwiskiem — nie dał się w pole wyprowadzić. I to zatruło dzień Panterze.